WŁOCHY NA NARTY

Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Email this to someone

Jacekclipboard02

Kecaj madeby

Włochy to również świetne miejsce na narty.

Jeszcze kilkanaście lat wstecz Włochy kojarzyły się naszym rodakom tylko i wyłącznie, jako upragnione miejsce letnich urlopów. Któż z nas nie marzył o wakacjach w słonecznym Rimini, leżącej na końcu „buta” Kalabrii czy budzących zachwyt wysp; Sycylii i Sardynii. Oprócz plaż chcieliśmy zwiedzić Rzym, Wenecję, Weronę i sprawdzić czy Krzywa Wieża w Pizzie jest naprawdę taka krzywa. Smakosze win, tęsknym wzrokiem spoglądali na Toskanię. A czy ktoś kojarzył ową słoneczną Italię ze świetnymi trasami narciarskimi? Po za wąską grupą zapaleńców na pewno nie. Wszystko zaczęło się zmieniać na przełomie ostatniego wieku, kiedy to pod wpływem bogacenia się naszego społeczeństwa coraz śmielej zaczęliśmy penetrować nowe miejsca pod kątem uprawiania białego szaleństwa. Z racji bliskości, najpierw podbiliśmy stoki Austrii jednak rządną przygód gawiedź pchało dalej i dalej aż w końcu opanowaliśmy trasy Livigno, Bormio, Passo del Tonale, Kronplatz i wiele, wiele innych. Mimo, że nie należymy do wielkich zapaleńców sportów zimowych i nie tęsknimy już w maju za kolejnym sezonem zimowym, ani od września nie tłuczemy przysiadów seriami to jednak doceniamy tę formę spędzania wolnego czasu. Dlatego postanowiliśmy podzielić się z Wami kilkoma spostrzeżeniami.

Bormio

Do Bormio trafiliśmy po raz pierwszy, gdy nasze umiejętności narciarskie były na dosyć marnym poziomie. Nie oznacza to wcale, że teraz możemy szczycić się wielkimi osiągnięciami w pucharze świata w narciarstwie alpejskim, ale przynajmniej nie walczymy na stoku o życie.

Bormio

Bormio posiada prawie 50 kilometrów tras zjazdowych o różnym poziomie trudności, więc było w czym wybierać. Z racji tego, że byliśmy tam cztery dni na ostatni dzień zostawiliśmy sobie najtrudniejszą trasę – Stelvio. Stelvio rozbudzała naszą wyobraźnię z dwóch powodów; po pierwsze uchodzi ona za jedną z najtrudniejszych tras zjazdowych w kalendarzu pucharu świata a po drugie rok wcześniej odbywały się tam mistrzostwa świata. Więc jako niedoszli mistrzowie ruszyliśmy w bój a był to bój o przetrwanie. Większość wytrawnych narciarzy wie, że najczęściej trzeciego lub czwartego dnia przeciętny ujeżdżacz „boazerii” przechodzi kryzys związany ze zbyt dużym wysiłkiem fizycznym, który objawia się bólem mięśni i spadkiem koncentracji. Gdy do tego jeszcze dodamy pewność siebie, jakiej nabraliśmy w poprzednich dniach, to mamy gotowy przepis na katastrofę. Na szczęście katastrofy nie było i nie przywieźliśmy ze sobą do kraju kilku kilogramów gipsu, ale tylko kilka siniaków, obtarć i jedno skręcenie w kolanie.

Malownicze trasy Bormio
Kronplatz

Położony w Dolomitach Kronplatz ze swoimi prawie 120 kilometrami tras narciarskich i niespełna trzydziestoma wyciągami powinien zadowolić każdego amatora narciarstwa.

Widoczki takie, że klękajcie narody!

Tak duże ośrodki szczególnie przypadają nam do gustu, ponieważ człowiek zamienia się prawdziwego turystę. Mam na myśli takiego turystę, który z mapą w ręku przemierza okolicę celem jej lepszego poznania. Właśnie we Włoszech i Austrii poznaliśmy smak zwiedzania na nartach, czego brakowało w naszym kraju, gdzie jeździło się; góra-dół, góra-dół i po kilkunastu zjazdach miał człowiek już dość. Tutaj bierzesz w łapę plan wyciągów i ruszasz w nieznane. Zjedziesz raz niebieskim szlakiem, raz czerwonym to przysiądziesz gdzieś w knajpce na grzańca i korytko by za chwilę podnieść dupsko i powalczyć na nieznanej czarnej trasie. Gdy jeszcze do tego masz szczęście i trafisz na świetną ekipę to zabawa gwarantowana.

Trzy browce, cztery grzańce ale jaskółka jeszcze w normie
A gdy już brakuje sił by zjechać na nartach można spróbować w ten sposób!
Passo del Tonale

Położone w zachodniej części Trentino, Passo Tonale jest częścią popularnej Val di Sole (Doliny Słońca). W zależności od tego, jakie posiadamy umiejętności powinniśmy decydować czy ruszamy na południowe albo północne stoki.

Po dwóch dniach opadów i mgieł nad Tonale wyszło słońce
Południowe słoneczne i łagodne stoki a w tle ciemne i trudniejsze północne

Te południowe są dużo łatwiejsze i można się na nich zrelaksować a ponad to operuje tu przyjemnie słońce. Chociaż my przez pierwsze dwa dni walczyliśmy z mgłą i opadami. Stoki północne są prawie cały czas w cieniu i w dodatku należą do bardzo trudnych. Zresztą pewnego, już słonecznego dnia wybrałem się na zjazd północnym stokiem trasą o pięknej nazwie Paradiso. Niestety nazwa bardzo myląca a na domiar złego tak do końca nie wiedziałem, na co się porwałem, ponieważ nawet nie sprawdziłem długości trasy ani różnicy poziomów. Pisałem wcześniej, że będąc w Bormio walczyłem o życie zjeżdżając trasą Stelvio. Oczywiście była to prawda, z tą różnicą, że było to kilka lat wcześniej a co za tym idzie umiejętności były nikłe. Tutaj czułem się już o wiele mocniejszy, ale to właśnie zjazd Paradiso zyskał miano największego horroru, w jakim brałem udział. Kiedy byłem już mocno sponiewierany z trzema zaliczonymi glebami na liczniku i drżącymi nogami moim oczom ukazała się końcowa część trasy, która jest tak stroma, że nawet nie podjeżdżają tam ratraki! Po prostu lecisz człowieku w otchłań a na dole czeka na Ciebie miękki śnieg! Przypomnę, przez kilka dni nasypało tu mnóstwo świeżego śniegu, który gdy w niego wpadniesz powoduje, że wyrywa cię z nart. Oczywiście zaliczyłem spektakularną glebę, na szczęście bez uszczerbku na zdrowiu. Co prawda w tych zaspach nie mogłem znaleźć narty a przypomnę, że szukanie dechy na stromiźnie i w miękkim puchu nie jest sprawą łatwą. Na szczęście z odsieczą przyszło mi dwóch snowboardzistów, którzy odszukali nartę i dzięki temu mogłem stoczyć się na dół. Mimo, że to była dopiero połowa dnia to już do wieczora miałem serdecznie dość narciarstwa.

Odpowiednia ekipa to podstawa udanego wyjazdu!
Jak komuś mało ruchu to po zmroku można się wyżyć w ten sposób!
Livigno

Livingo, choć jest najdalej położone i dojazd na niego nie należy do najłatwiejszych to jednak to miejsce zyskało miano naszej ulubionej miejscówki. Chociaż nie lubimy chodzić po swoich śladach, ponieważ wychodzimy z założenia, że życie jest zbyt krótkie to Livigno tak nas uwiodło, że byliśmy tu aż cztery razy.

Livigno w dole

Mamy tu do dyspozycji 110 kilometrów dobrze nasłonecznionych i niezbyt trudnych tras. Odniosłem nawet wrażenie, że tutejsze czarne trasy są trochę czarnymi na wyrost i chodzi tu bardziej o to by móc się takimi pochwalić niż mieć je w rzeczywistości. Nie jest to żaden zarzut z mojej strony, jednak dobrzy i szukający mocnych wrażeń narciarze mogą być trochę zawiedzeni. Natomiast jest to rewelacyjne miejsce na naukę jazdy lub wyprawy rodzinne z młodszą gawiedzią.

Po kilku zjazdach należy ustawić celownik na knajpę
Piwko, grzaniec i coś na ząb aby nabrać sił do dalszych zmagań
Po wypiciu grzańca czas ruszać na stok

Zresztą Livigno można śmiało nazwać polską kolonią, ponieważ naszych rodaków jest tutaj cała masa. Oprócz przybywających tu indywidualnie mamy całą masę grup zorganizowanych. Do jednych z najprężniejszych organizatorów należy Jafi Sport, dzięki któremu przybyliśmy tu pierwszy raz. Oprócz zjeżdżania na nartach możemy tu zrobić zakupy w atrakcyjnych cenach (strefa bezcłowa) a także skorzystać szerokiej oferty restauracji, pubów i dyskotek.

Po całym dniu zjeżdżania wypada uczcić to, że jesteśmy w jednym kawałku!

Wracając do zabaw na świeżym powietrzu, to bardzo często możemy pograć sobie w siatkówkę z strojach narciarskich. Impreza naprawdę przednia, natomiast warto ostrożniej podchodzić do rzutów tak zwanym szczupakiem, bo na ubitym śniegu można zrobić sobie krzywdę. Ostrzeżeniem niech będzie mój przykład, gdy podczas jednej z gier z takim zaangażowaniem wystartowałem do obrony, że skończyło się to mocnym zbiciem żeber i ostatnie dwa dni pobytu spędziłem w knajpach zamiast na stokach.

Siatkówka w butach narciarskich to świetna zabawa

Jak widać na załączonych obrazkach Włochy to nie tylko słoneczne plaże, zabytkowe miasta i urocze winnice, ale również fenomenalne miejsce do uprawiania sportów zimowych.

Zbierajcie „Drużynę Pierścienia” i do Włoch na narty!
Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Email this to someone

One thought on “WŁOCHY NA NARTY

  • 1 grudnia 2017 at 09:27
    Permalink

    Wooow ale widoczki! 😀 W sumie nigdy nie byliśmy z rodzinką we Włoszech, więc pora się wybrać. 😀

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *