LONDYN

Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Email this to someone

Kecajmadeby

Shopping in Londyn, czyli krótki przewodnik po mieście nad Tamizą dla kupujących i nie kupujących!

        Poświąteczne wyprzedaże (tzw. sales) w Wielkiej Brytanii to już nie tylko tradycja! To jest „ZJAWISKO SPOŁECZNE”, które szczególnie w mieście Londyn stało się znakiem rozpoznawalnym miasta i wręcz jego kolejną turystyczną atrakcją! Ten fenomen, który trwa od drugiego dnia Świąt Bożego Narodzenia do końca stycznia spokojnie można zdefiniować w jeden sposób: Shopoholizm! No bo jak inaczej nazwać to co się dzieje z ludźmi, którzy niczym w amoku szturmują brytyjskie sklepy w poszukiwaniu okazji cenowych na… cokolwiek?!

        Wszystko zaczyna się już kilka tygodni przed Świętami kiedy z „wielką pompą” inauguruje w świątecznym wystroju najsłynniejsza ulica handlowa Londynu – Oxford Street. Nowe neony, nowe oferty, nowe towary, nowe ceny, nowe promocje, nowe wnętrza sklepów… Wszystko „nowe” ma oczywiście zachęcić ogromną rzeszę ludzi do robienia zakupów na Święta i po ich zakończeniu! Z okazji „nowego” odbywają się również liczne koncerty… Na przykład ten sezon rozpoczął Robbie Williams. Na bogato ma być i jest! Londyn ma być stolicą wyprzedaży i jest!

        Oczywiście wszystko „TO” pokazują w telewizji, w naszej polskiej również. I właśnie po obejrzeniu urywków z hucznego otwarcia Oxford Street w Teleexpresie przypomniałem sobie o tych corocznych pokusach handlowych, które oferuje Londyn. Ku mojemu zdziwieniu i zaskoczeniu zainspirowało mnie to do organizacji kolejnego wyjazdu. Mojej i szwagra żonki nie trzeba było dwa razy namawiać. Nie byłyby zresztą kobietami z krwi i kości, gdyby zdecydowały się odmówić.

        I tak oto znalazłem pretekst do odwiedzenia kolejnej, wielkiej, europejskiej stolicy. Wiadomo było bowiem od początku, że przy okazji będzie można zwiedzić Londyn i zobaczyć coś interesującego poza galeriami i sklepami… No bo jak długo można męczyć oczy oglądaniem nawet najniższych cen? Jak to mówią nad Tamizą: Nie tylko wyprzedażami człowiek żyje!
Zapraszam zatem wszystkich do czytania relacji z tej podróży. Postaram się przekazać Wam kilka praktycznych informacji na temat shoppingu w Londynie i nie tylko… Jak zwykle będzie coś związanego z kulinariami i muzyką!

Londyn
London calling!

Welcome in London

        Na początek kilka informacji organizacyjnych… Wczesnoporanny lot z Wrocławia na lotnisko Londyn – Luton to doskonały początek takiej wycieczki. W Luton (ok. 50 km od Londynu) ląduje się już o 7:30, więc cały dzień przed nami! Koszty biletu w tym terminie to 260 zł na osobę tanimi liniami lotniczymi WizzAir. Cena uwzględniała koszty dużego bagażu (w przypadku tych linii limit kilogramów jest wyjątkowo spory: 32 kg!!!). Oczywiście bagaż podręczny jest już w cenie.

Londyn
Londyńskie „taryfy” już od dawna stały się „znakiem firmowym” miasta
Londyn
Rolls Royce już od dawna stały się „znakiem firmowym”… BMW

        Z lotniska Londyn – Luton na Earl’s Court, gdzie mieliśmy hotel, kursuje tania linia autobusowa EasyBus – za bilet tam/i z powrotem zapłaciliśmy 50 zł/osobę. Bilet jednak trzeba zarezerwować wcześniej na stronie internetowej firmy EasyBus. Jeśli chodzi o zakwaterowanie to Londyn należy pod tym względem do jednych z najdroższych miast w Europie. Nie dość, że płaci się słono (ok. 300 zł/pokój/dobę w hotelu***) to standard pozostawia baaaaardzo dużo do życzenia. Oczywiście można taniej, zgadza się! Są hotele w podobnym standardzie lub nieco lepszym za cenę 220-250 zł. Jednak w takim przypadku hotel będzie najprawdopodobniej bardzo oddalony od centrum miasta lub kiepsko położony względem stacji metra. Pozostaje oczywiście jeszcze najtańsza opcja: hostele, ale chyba już wyrośliśmy z takich noclegów. My nocowaliśmy w Oxford Hotel przy Penywern Road, którego zdecydowanie nie polecam, choć lokalizacja hotelu była doskonała (1 minuta – dosłownie – od stacji metra Earl’s Court). Jednak czystość w pokojach, ich wielkość, jakość śniadań zasługują co najwyżej na dwie, i to mocno naciągane, gwiazdki!

        Po zakwaterowaniu pierwszy wypad do miasta, ale bez opcji zakupowych. Te przyjemnostki zostawiamy sobie na następne dwa dni. Na razie trzeba poznać miasto i najciekawsze miejsca. Po Londynie najlepiej poruszać się oczywiście metrem. Ceny nie zachęcają, ale cóż poradzić. Koszt całodziennego biletu na przejazd w 1 i 2 strefie to 8 funtów, czyli ok. 40 zł. Jednorazowych biletów w ogóle nie opłaca się kupować – ich koszt to ponad 4 funty!

        Zaczynamy od Piccadilly Circus – jednym z najpopularniejszych i najruchliwszych miejsc jakie ma do zaoferowania Londyn. Słynne choćby z ogromnych reklam zawieszonych na jednym z budynków, które po raz pierwszy zaświeciły tutaj w roku… 1890! Na środku placu stoi figurka Erosa, przy której wszyscy robią sobie pamiątkowe fotki. Potem spacerek na Trafalgar Square – kolejne kultowe miejsce brytyjskiej stolicy. To tutaj mieści się National Gallery oraz 50. metrowa kolumna admirała Nelsona. Na placu istne tłumy turystów i mieszkańców, masa gołębi i głośno jak na giełdzie w Nowym Jorku. Ale mimo tego sympatyczne miejsce. Z Trafalgare Square kierujemy się ulicami Whitehall oraz Parliament w stronę Bridge Street, gdzie znajdują się najbardziej znane miejsca nie tylko w Londynie, ale i w całej Wielkiej Brytanii. Po drodze mijamy Downing Street – siedzibę premiera. Niestety David Cameron nie miał czasu dla nas i tym razem nie wyszedł nam na spotkanie. To była na pewno wina Tuska! Przy Bridge Street znajduje się Pałac Westminsterski, Opactwo Westminsterskie i wieeeelki Big Ben. Z mostu koło Big Bena rozciąga się ładna panorama na miasto oraz na nowoczesną dumę brytyjskiej stolicy – London Eye! Ostatni punkt programu w dniu dzisiejszym to Buckingham Palace. Z Bridge Street łatwo można tam dojść przez St. James Park – zielone płuca Londynu. Jak można się domyślić królowa również nie wyszła nam na powitanie. Ona, podobnie jak Cameron, zrobiła angielskie wyjście i z audiencji „wyszły nici”. Ot, angielska „gościnność”… Ogólnie przyjemny spacerek… Dobra rozgrzewka przed wizytacją w sklepach i galeriach, Już za chwilę zapoznacie się z przewodnikiem po londyńskich sklepach. Każdy zakupomaniak musi to przeczytać!

Londyn
Jego Wysokość: Big Ben!
Londyn
Trafalgare Square. Na pierwszym planie kolumna Nelsona, a w tle budynek National Gallery
Londyn
Queen Victoria Memorial przed pałacem Buckingham

Omnia, Omnibus, Ubique!

        „Wszystko, dla wszystkich, wszędzie!” (Omnia, Omnibus, Ubique!) Ta dewiza najsłynniejszego sklepu na świecie – Harrodsa – pasuje również do wielu, wielu, wielu innych sklepów w stolicy nad Tamizą. Londyn to swoistego rodzaju „mekka” dla miłośników kupowania. Ilość sklepów na jednego mieszkańca miasta przewyższa najprawdopodobniej wszystkie tego typu wskaźniki w każdym innym miejscu na naszej planecie. Najwięcej sklepów znajduje się na Oxford Street, którą można porównać do ogromnej galerii handlowej. Ulica zalicza się do tzw. high-streets, czyli najważniejszych alei handlowych Wielkiej Brytanii. To miejsce dla setki sklepów, butików, ogromnych domów handlowych, mnóstwo restauracji, kafejek, banków, kantorów, fryzjerów, jubilerów, etc., etc., etc… Oxford Street „dorobiła” się nawet strony internetowej, co jeszcze bardziej upodabnia ją do typowej galerii handlowej.

Londyn
Harrods, sklep-zabytek, oferta od igieł do szycia po słonia! Dostawa natki pietruszki do Zjednoczonych Emiratów Arabskich? Żaden problem!

        Czas wyprzedaży oznacza tutaj jedno: nieprzebrane tłumy mieszkańców i nieprzebrane tłumy do kwadratu turystów, którzy ściągają tutaj z całej Europy (i nie tylko Europy) zwabieni obietnicą obniżek „na wszystko” nawet do 75%. Niestety tak słodko nie jest… Wyprzedaże i owszem są, ale ceny wcale nie wydają się być nieprzyzwoicie niskie w stosunku do tego co widzimy w sklepach w naszym pięknym kraju. Co więcej, trzeba się mocno naszukać, aby znaleźć prawdziwą okazję! My urządziliśmy sobie przede wszystkim „polowanie” na ciuchy. Przed wyjazdem oczywiście zasięgnęliśmy języka u wielu naszych znajomych gdzie można kupić coś w okazyjnej cenie i dobrej jakości. I tak oto trafiliśmy do Primark na Oxford Street. Dużo by mówić, dużo by opisywać, bo to sklep ogromny i ceny rzeczywiście niskie, ale jakość jest „chińska” i to w bardzo negatywnym znaczeniu. Wchodząc do sklepu już sam zapach jest bardzo charakterystyczny. Kto coś kiedyś sprowadzał z Chin wie o czym piszę. Tłumy potencjalnych klientów, towar ściśnięty na wieszakach lub ułożony w stosach na ogromnych blatach, gorąco jak w piekle, „kilometrowe” kolejki do kas, ruch jak w ulu… Żeby była jasność! Cena czyni cuda i nie powinienem narzekać, skoro tak tanio! Coś za coś po prostu! Jednak chyba już wolę zakupy na tureckim bazarze, gdybym miał wybierać. Ceny podobne lub nawet niższe, jakość towarów „o niebo” lepsza, wybór ogromny, potargować się można i znacznie weselej jest!

        No, wróćmy już z tych tureckich wycieczek, bo póki co to Londyn, a nie Istambuł. A dokładniej nadal Oxford Street! Oprócz wspomnianego Primark-u jest tu jeszcze oczywiście wiele sklepów, które można odwiedzić w naszych rodzimych galeriach. Jest zatem Zara, H&M, Marks & Spencer, Bershka, Pull & Bear, Esprit, itd., ale zarówno ceny jak i oferta nie różniła się znacznie od tego co jest dostępne w Polsce. No, może poza Zarą, gdzie niektóre rzeczy były rzeczywiście oryginalne i w dobrych cenach. Jednak to były pojedyncze modele. Dużo sobie obiecywaliśmy jeśli chodzi o ceny i ofertę butów… Niestety zawiedliśmy się troszkę, choć oferta na buty dla dzieci (3-4 latka) miło nas zaskoczyła i fajne, markowe, porządnej jakości buty sportowe można już kupić za 10 funtów. U nas rzeczywiście ciężko o taką atrakcyjną ofertę. Natomiast buty dla dorosłych to cenowy dramat. Znacznie drożej niż w Polsce, a to był przecież czas wyprzedaży!!! Nic nie kupiliśmy! Na Oxford Street są jeszcze ogromne domy handlowe z niepoliczalną ilością sklepów i butików (np. Selfridge), ale jest to oferta dla bardziej zamożnych klientów i okazja cenowa ma tam specyficzną definicję.

        To co z czystym sumieniem mogę polecić na Oxford Street to… restauracje! Szczególnie te „ukryte” w zaułkach, schowane trochę przed tłumami „zakupowiczów”, ale niesamowicie przytulne i nieziemsko smaczne. Szczególnie te włoskie serwujące zupkę minestrone lub z dyni, lazanię oraz najlepszą, niepowtarzalną, najsmaczniejszą i jednocześnie jakże prostą, tradycyjną… pizzę! Pyyycha!

Londyn
Restauracja Zizzi przy Earls Court – pizza z… ziemniakami 🙂 O dziwo, pyszne!

Londyn w 4D!

        Swoją drogą to niezłych czasów żeśmy dożyli… Kto by kiedyś pomyślał, że na zakupy będziemy jeździli do Londynu?! To kiedyś było chyba możliwe tylko w filmach? Pamiętam przecież scenę z „Misia” kiedy Stanisław Tym vel Ryszard Ochódzki vel Stanisław Paluch na jeden dzień wybrał się do Londynu wręczyć święty kamień z Jeleniej Góry (Jasnej Góry) i założyć konto w banku. Pojechał, wrócił jakby tanie linie lotnicze już wtedy kursowały! No, ale wiadomo że wtedy takie wycieczki to były zarezerwowane tylko dla prezesów klubów sportowych „Tęcza”, a nie dla takich szaraczków jak my. Ale jest jedna rzecz, która jest przedstawiana w tej kultowej komedii i się absolutnie do dzisiaj nie zmieniła! Polacy są wszędzie! Londyn został opanowany przez naszych Ziomków. Dosłownie! Na ulicach bardzo często słychać rozmowy po polsku, a w restauracjach i sklepach pracuje mnóstwo Polaków. W każdej, podkreślam w KAŻDEJ!, restauracji czy barze w którym mieliśmy okazję być pracowali Polacy! Wiedziałem oczywiście, że naszych rodaków jest dużo w Wielkiej Brytanii, ale mimo wszystko jest zaskoczenie. W jednej z knajpek kelnerka z Polski powiedziałam nam nawet, że Polaków jest już więcej w Londynie niż Anglików. To może jest już w Polsce takie miasto Londyn? Trzeba spytać panią na poczcie przy najbliższej okazji! Może coś się zmieniło w tej sprawie?

    Zakupy na Oxford Street okazały się klapą. Odwiedziliśmy kilkadziesiąt sklepów, przejrzeliśmy setki towarów, przeciskaliśmy się wśród tysięcy podobnych do nas „shopoholików” i kupiliśmy… 5 par skarpetek i koszulkę termoaktywną! Burżujstwo! Nie ma to jak polecieć sobie 1200 km po bieliznę męską sztuk 2! Takie rzeczy to tylko w Erze podobno, a tu okazuje się że nie do końca. Humory i dobre samopoczucie nas nie opuszczały, bo dostaliśmy namiar (a jakżeby inaczej!) od polskich kelnerek na duże galerie handlowe. I tym oto sposobem trafiliśmy do galerii Westfield przy stacji metra Shepard’s Bush oraz galerii handlowej (również nazywa się Westfield) przy stacji metra Stradford. Do obu galerii można dojechać linią metra Central, tyle że galeria przy Stradford to już III strefa i trzeba dokupować dodatkowy bilet za 4 funty w jedną stronę! Dla spryciarzy, takich jak my, proponujemy jednak nie przepłacać i dojechać metrem do stacji St. Paul’s i przesiąść się do autobusu nr 25 i dojechać do Stradford. Co ciekawe, bilet do metra ważny na dwie strefy jest ważny w autobusie i nie trzeba płacić za przejazd tylko pokazać kierowcy autobusu bilet na metro! Polak jednak potrafi! Można się śmiać, ale ten prosty manewr pozwolił nam (4. osobom) zaoszczędzić, bagatela, ok. 200 zł (!!!). W tym miejscu należą się podziękowania mojej szwagierce Kasi, która ma niewątpliwe zasługi w kwestii tych oszczędności. To rozwiązanie z przesiadką z metra do autobusu na stacji St. Paul’s ma jeszcze jedną ważną zaletę. Daje pretekst do zobaczenia drugiej co do wielkości katedry na świecie, po Bazylice Św. Piotra w Watykanie – Katedry Św. Pawła. Katedrę rozsławił m. in. ślub 100-lecia między lady Dianą a księciem Karolem w 1981 r. Londyn ani wcześniej, ani później nie widział takiego ślubu, a świątynia robi wrażenie!

Londyn
Katedra św. Pawła w nowoczesnej oprawie

        My tu gadu, gadu… a herbatka stygnie! Wróćmy do tematu! Galerie Westfield są ogromne. Aby sobie wyobrazić jak są duże to przypomnijcie sobie największą galerię handlową w Warszawie, Krakowie, Gdańsku, Łodzi, Poznaniu lub innym dużym mieście w Polsce i pomnóżcie tę wielkość razy trzy! Tam naprawdę można spędzić cały dzień i wszystkiego nadal nie zobaczyć. Niektóre sklepy oczywiście powtarzają się z tymi na Oxford Street, ale jest też dużo innych, bardzo oryginalnych i niespotykanych w Polsce. Na przykład The Sting lub Urban Outfitters. Fajne i nietuzinkowe rzeczy były też w Bench-u, GAP-ie i wielu innych, których niestety nie jest się w stanie spamiętać. Wreszcie znaleźliśmy fajne okazje i trochę poczuliśmy, że jesteśmy na wyprzedażach!

      Na „deser” ostatniego dnia pobytu w Londynie zostawiliśmy sobie wizytę na London Eye. Jeszcze w Polsce zarezerwowaliśmy sobie bilety wstępu, bo zainteresowanie tą atrakcją, nawet poza sezonem turystycznym, jest ogromne. Przejażdżka Millenium Wheel, bo tak również nazywają ten diabelski młyn, kosztuje 17 funtów. Tanie nie jest, ale naprawdę warto i nie żałuje się wydanych ciężko zarobionych pieniążków. Oprócz miejsca w szklanej kapsule w cenie biletu jest również możliwość obejrzenia filmu w formacie 4D o Londynie. Fajna sprawa! Oprócz trójwymiarowości dodane jest jeszcze jedno „D” w postaci efektu padającego na głowę deszczu, śniegu czy fruwających przed oczami baniek mydlanych. Cieszyliśmy się jak dzieci! Widoczki z londyńskiego „Oka” z ponad 130 metrów są imponujące. Pełny obrót koła trwa ok. 30 minut, a panoramę miasta ogląda się w jednej z 32 kapsuł, gdzie do każdej wchodzi ok. 20 osób. W kapsule są mini-monitory, które służą jako przewodniki i każdy może sobie sprawdzić co widzi za szybą. Polecam przejażdżkę nocną. Miasto oczywiście pięknie oświetlone i przez to nabiera kolorytu.

Londyn
London Eye spogląda na Tamizę

Vans not for sale! Now then time to say goodbye, London!

        Kilka słów podsumowania… Kolejna podróż dobiegła nieuchronnego końca… Zanim na dobre rozwinęliśmy skrzydła na wyprzedażach to już skrzydła samolotu poniosły nas do domu. No niestety czas mija błyskawicznie. Nawet nie pomogło to, że w Londynie jest godzina do tyłu w stosunku do czasu wrocławskiego. Jak to się mówi: „Nie można zatrzymać żadnego dnia, ale można go też nie stracić!”. No i przez te kilka dni w Londynie bardzo staraliśmy się wykorzystać do maksimum każdą dobę.  Wrażenia ogólnie bardzo pozytywne. Zobaczyliśmy ciekawe miasto, kilka „cooltowych” miejsc, szereg atrakcji turystycznych i spotkaliśmy interesujących ludzi. Mimo, iż stolica Wielkiej Brytanii to ogromne miasto (ok. 10 mln mieszkańców) zupełnie tego nie widać i nie czuć. Przede wszystkim niesamowicie jest rozwiązana komunikacja w Londynie. Na ulicach miasta nie ma gigantycznych korków, które łatwiej zobaczyć w Paryżu, Madrycie czy Rzymie. Na pewno duży wpływ na ten brak korków ma wysokość opłat za wjazd samochodami do centrum miasta. Doskonale zorganizowane metro, funkcjonujące nieprzerwanie od 150 lat, rozwiązuje problem przemieszczania się po tej jednej z największych aglomeracji. W skali od 1 do 10 za komunikację w Londynie spokojnie można zatem przyznać Angolom 9,99! Minus lub dwója w powyżej przywołanej 10-stopniowej skali ocen należy im przyznać za hotele! Bardzo drogie i mimo tej drożyzny w bardzo kiepskim standardzie. Przeglądając oferty noclegów na portalach rezerwacyjnych widać gołym okiem, że nie tylko nasz hotel pozostawia wiele do życzenia w kwestiach cen i jakości.

        Słynne londyńskie wyprzedaże ogólnie rozczarowujące. Chyba tylko w okresie pomiędzy drugim dniem Świąt Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem rzeczywiście można natrafić na wyjątkowe okazje i obkupić się za wszystkie czasy. Oczywiście trzeba uczciwie przyznać, że z pustymi walizkami nie wróciliśmy, ale oczekiwania i apetyty na czyszczenie półek były dużo większe. Przed wyjazdem różni znajomi tworzyli nam „legendy” o niewiarygodnie niskich cenach i oryginalnej ofercie, a tutaj taka klapa! Niech dobrym w tym momencie przykładem będą buty firmy Vans. Miały być maksimum po 50 zł za parę, a były po 150-200 zł! Czyli generalnie tyle co w naszych sklepach… Takich przykładów mógłbym oczywiście przytoczyć więcej, ale szkoda moich palców i klawiatury na tego rodzaju wywody. Wniosek? „Super okazje” okazały się „super pokusą” bez okazji, aby jej ulec! Ależ to sprytnie ująłem!

Ale herbata z przejściówką!

        Ale o so chodzi z tym „Ale…”? Już wyjaśniam o co kaman! „ALE” to bardzo popularny w Anglii gatunek piwka. Jest zupełnie inne od naszych Tyskich, Lechów czy innych Żubrów, dlatego polecam spróbować. Oczywiście dla wielu polskich smakoszy tego trunku „ale” może okazać się profanacją piwa, bo nie posiada charakterystycznej piany. Ale „ale” właśnie może dlatego jest oryginalne w smaku i aromacie. Na zdrowie!

Londyn
W typowo angielskim pubie należy obowiązkowo spróbować typowe angielskie piwko: ale!

        Herbata to narodowy napój Brytyjczyków. Nie od parady nazywają ich przecież „five o’clockami”! My aż tak punktualnie nie raczyliśmy się filiżanką aromatyzowanej earl grey, jednak trzeba im przyznać że herbatka zakupiona i przygotowana w Anglii smakuje zupełnie inaczej. Różnica pomiędzy herbatą „earl grey” sprzedawaną w angielskich sklepach a dostępnymi w naszych marketach „earl grey-ach” jest więcej niż zauważalna. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że może być aż tak duża różnica w smaku! Po tych doświadczeniach podejrzewam, że „earl grey-ie” sprzedawane na naszym rynku koło „earl grey-ów” nawet nie leżały!

        Przejściówka, to jest coś w co koniecznie trzeba się zaopatrzyć wyjeżdżając do Wielkiej Brytanii! Wszystko dlatego, że na „wyspach” w gniazdkach płynie prąd o innym napięciu (110V) i mają tam zupełnie inne wtyczki i gniazdka, do których nie pasują nasze ładowarki do telefonów, laptopów i innych tabletów… Lepiej zabrać taki adapter ze sobą, bo potem trzeba słono zapłacić za zapominalstwo. Hotelerze oczywiście wykorzystują niewiedzę lub roztargnienie turystów i zdzierają bez litości po 5-7 funtów za przejściówkę, za którą u nas można zapłacić 2 zł!!!

        I tak oto dobrnęliśmy do końca! Starałem się opisać, jak na spowiedzi, co Londyn ma w sobie interesującego. Mam nadzieję, że informacje przekazane przeze mnie w tej relacji z podróży do miasta nad Tamizą przydadzą się lub co najmniej zainteresują, zaciekawią i zachęcą do złożenia tam wizyty. Mam nadzieję, że była to przydatna, przyjemna i wciągająca lekturka.

Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Email this to someone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *