Phi Phi i Ko Lanta

Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Email this to someone

Wyspy Phi Phi i Ko Lanta to perły Morza Andamańskiego

Ko Lanta

Rano zabieramy zabawki, wręczamy podarunek przemiłej Naa i jazda na lotnisko. Czas na kilka dni rozstać się Ko Samui i ruszyć na drugą stronę Półwyspu Malajskiego by posmakować uroków  Morza Andamańskiego.  Niespełna godzinny lot dostarcza niespodziewanych atrakcji – wpadamy w turbulencje. Pomiata nami dosyć poważnie jednak szczęśliwie udaje nam się wylądować w Krabii.

Po odebraniu tobołków wypatrujemy naszego transportu, który powinien przybyć z hotelu. Niestety jest mała wtopa, ponieważ nasi uprzejmi gospodarze pomieszali rezerwacje i oczekują nas dopiero jutro. Na szczęście chętnych do pomocy nie brakuje i za 2300 BHT (cena taka sama u wszystkich) bierzemy wypasionego busa i ruszamy w ponad dwugodzinną podróż. Po drodze mamy dwie przeprawy promowe dzięki czemu liźniemy trochę lokalnego kolorytu.

Docieramy do hotelu Andanaman, który ze swoimi niebieskimi dachami może wywołać mieszane doznania  estetyczne. Pokoje są całkiem znośne, basen do zaakceptowania, tylko plaża ukazuje nam swoją ciemną stronę. Zaczął się odpływ i z pod wody jak grzyby po deszczu  zaczynają się wyłaniać ostre skały. Oczywiście wszystkie zdjęcia hotelu dostępne w sieci  były robione podczas  przypływu. Jednak za 1700 BHT miejscówka jest ok.

Wieczorem penetrujemy okolice i odkrywamy fajną knajpkę z owocami morza. Sprawdzamy również ofertę wycieczek na Phi Phi jednak postanawiamy dać sobie czas do jutra na podjęcie decyzji.

Po śniadaniu zabieramy zabawki i udajemy się kilkaset metrów od naszego hotelu aby uniknąć nadziania się na którąś z ukrytych pod wodą skał. Jako, że mamy siódmy dzień tygodnia decydujemy się zgodnie z tradycją (Polaka katolika)  by ten dzień święcić. Najzwyczajniej w świecie zamieniamy się w standardowego turystę leżącego na plaży, popijającego browar lub inny napój gazowany, mielącego coś nieustannie, czytającego kolorową prasę i od czasu do czasu moczącego tłuste dupsko w ciepłych wodach morza Andamańskiego.

Wieczorek kupiliśmy za 900 BHT wycieczkę na wyspy Phi Phi.

Phi Phi

Wczesna pobudka, śniadanko i ruszamy do portu. Trochę leciwy ten nasz Titanic ale damy radę. Najpierw płyniemy przez ponad godzinę jako mini prom na Phi Pho Don. Silnik rzęzi, łajba się trzęsie ale co to dla wytrawnych wilków morskich. Dobijamy do portu. Tabuny turystów wylegają na ląd w poszukiwaniu urlopowych wrażeń. Po jakiś dziesięciu minutach kapitan oznajmia, że ruszamy na Phi Phi Lee. Dowcip polega na tym, że członków załogi jest więcej niż turystów bo oprócz naszej czwórki jest tylko jedna Australijka.

Widoki potrafią przyprawić o zawrót głowy. Strzeliste skały wyrastają kilkadziesiąt metrów w górę. Po jakiś trzydziestu minutach wpływamy do ukrytej zatoczki z plażą Maya Bay. Dzięki roli „Boskiego” Di Caprio w filmie „Beach” (w polskiej wersji – Niebiańska plaża), to miejsce zyskało dodatkowe miliony fanatycznych wyznawców.

Muszę przyznać, że miejsce jest naprawdę piękne. Pomiędzy dwoma potężnymi skałami bieluteńki jak mąka piasek, w odrobiną egzotycznej roślinności a wszystko to otoczone jest turkusowym morzem.

Po ponad godzinie słodkiego lenistwa ruszamy w drogę powrotną. Najpierw spędzamy trochę czasu na Phi Phi Don. Mamy tu dziesiątki hoteli, mnóstwo sklepów i sporo turystów. Pomimo tych wszystkich niedogodności wyspa może się podobać a przy odrobinie szczęścia jest szansa na odpoczynek w samotności.

Przed naszą porą powrotu na Ko Lantę niebo pokryły ciemne chmury a spotkanie z tropikalną ulewą było tylko kwestią czasu. Na szczęście niebo zapłakało w momencie naszego wejścia do hotelu.

W związku, że był to nasz pożegnalny wieczór w nowo poznanym kierowcą tuk-tuka zrobiliśmy ostatni zwiad wyspy a na kolację dopchaliśmy kichy sporymi ilościami owoców morza.

Następnego dnia wczesna pobudka, trzygodzinna jazda do Krabi i krótki lot na Ko Samui.

Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Email this to someone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *