La Digue

Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Email this to someone

La Digue – Najpiękniejsza wyspa Seszeli.

Seszele tak jak Malediwy, Zanzibar, Fidżi, czy Bora Bora od zawsze rozpalały moją wyobraźnię. Wystarczy w wyszukiwarce wpisać hasło Seszele a naszym oczom ukazują się piękne plaże z charakterystycznymi „głazami” wystającymi z wody. Zdecydowana większość tych sielskich obrazków pochodzi właśnie z La Digue. Małej górzystej wysepki, gdzie podstawowym środkiem transportu jest rower.

Jak się dostać na La Digue.

W naszym przypadku wyglądało to tak. Najpierw 6 godzin lotu do Dubaju, tam 3,5 godzinna przesiadka, potem 4,5 godziny lotu na  Mahe, a dalej to już z górki. Dwudziestominutowy lot kilkunastoosobową „ważką” na Praslin, następnie taksówką do portu który jest po drugiej stronie wyspy a potem kilkunastominutowa podróż promem  i już jesteśmy na La Digue. Proste! Nie?!

La Digue
Takimi samolocikami można w dwadzieścia minut pokonać trasę Mahe – Praslin.
La Digue
Dosyć oryginale i sporych rozmiarów bilety na prom Praslin – Mahe

Można też trochę inaczej. Po przylocie na Mahe, taksówką lub autobusem do portu a dalej półtoragodzinny prom płynący przez Praslin na La Digue.

Transport

Dopływając do portu La Digue, mordeczkę przyozdabia wielki „banan” i tak już jest aż do momentu opuszczenia wyspy. Pierwszy uśmiech należy się za prawie całkowity brak samochodów osobowych. Jest kilka samochodów dostawczych, bo przecież jakoś trzeba dostarczyć produkty do sklepów, czy materiały budowlane. Są trzy taksówki a z jednej nawet korzystaliśmy, bo nasza Villa Source D`argent była dosyć oddalona od portu. Jest sporo elektrycznych wózków typu melex i przede wszystkim rowery. Rowerów jest od zatrzęsienia. Małe, duże, trzykołowe z dużym „bagażnikiem” służące do przewożenia towarów i nawet elektryczne. Jak się później miało okazać, te elektryczne wzbudzały we mnie sporą zazdrość, gdy w upale próbowałem wdrapać się na tutejsze szczyty, zalany potem i …. zazwyczaj przegrywałem. Musiałem wtedy w poczuciu osobistej klęski zejść z bicykla i wepchnąć go na szczyt. Tymczasem miejscowy „okrutnik” dzierżąc w jednej dłoni charakterystyczną zieloną butelkę piwa Sey Brew, drugą odpalał elektryczny silnik i bez jednego naciśnięcia pedałów zdobywał tropikalny szczyt. Wtedy naprawdę byłem gotów zabić?!

Rowery, wszędzie rowery.

Wynajęcie roweru kosztuje 100 rupii za dzień i chyba wszędzie jest taka sama cena. My skorzystaliśmy z wypożyczalni w naszym pensjonacie. Dodam, że na elektrycznych widziałem tylko miejscowych więc chyba nie były w ofercie wypożyczalni.

Plaże

To właśnie dla nich się tu przybywa i z powodu ich piękna „banan” się powiększa.  Większość turystów wpada tu na jednodniowe wycieczki z Praslina i Mache. Dlatego w godzinach 10-16 jest troszkę tłoczniej, przede wszystkim na najbardziej popularnej Anse Source d`Argent.

Anse Source d`Argent  jest tą “pocztówkową” plażą, która nieodzownie kojarzy się z Seszelami. Wejście na nią jest płatne i kosztuje 115 rupii (ok. 21 zł na dzień tego wpisu). Tak naprawdę stworzono tam park narodowy i stąd ta opłata. Choć niektórych może to trochę zniesmaczyć, że pobierana jest opłata a nie ma tam nawet prysznica czy rozsądnej toalety, ale tak jest i nie ma co z tym dyskutować. Natomiast muszę stwierdzić, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie było mi to tej pory zobaczyć. Zresztą oceńcie sami.

La Digue

Seszele

Seszele

Seszele

Seszele

Seszele

Seszele

Seszele

Seszele

Seszele

Anse Severe to bardzo przyjemna plaża, z dużą ilością drzew pod którymi możemy skryć się przed palącym słońcem. Gdy trafimy na odpływ to trochę traci na atrakcyjności, ponieważ jest płytka i trzeba daleko brodzić wśród skał, żeby popływać. Dobre miejsce do oglądania zachodów słońca.

Seszele

Seszele

Anse Patates jest bardzo małą plażą, do której prowadzą betonowe schody. Zdecydowanie lepiej jest tu w czasie odpływu, bo wtedy robi się tu więcej miejsca.

Seszele

Seszele

Seszele

Anse Grosse Roche jest miejscem bardziej do oglądania niż do kąpania. Wietrzna, spore fale i skały wystające z wody raczej zniechęcają do kąpieli.

Seszele

Anse Banane jest raczej nadbrzeżem niż plażą jaką mamy w naszych głowach. Wzdłuż niej wije się wąska betonowa dróżka idealna do rowerowej przejażdżki a tylko gdzie, nie gdzie widać niewielkie łachy piasku.

Seszele

Seszele

Anse Fourmis to dobre miejsce na chwilę relaksu w samotności. Miejsce przyjemne do medytowania, ale z kąpielą mogą być problemy ze względu na skały i silne prądy.

Seszele

Seszele

Grand Anse Beach i Petite Anse Beach to dwie sąsiadujące ze sobą plaże, które należy bezwzględnie zobaczyć. Żeby się tam dostać musimy pokonać wysokie wzniesienia w środku wyspy. Pedałowanie w trzydziestu stopniach i sporej wilgotności to niezły wycisk, ale warto. Kolory wody i piasku są świetne. Do tego charakterystyczne seszelskie skały i mamy czad. Są dwa małe minusy. Trudno jest znaleźć zacienione miejsce oraz należy uważać na potężne fale. Na Grand Anse kąpiel była możliwa tylko przy jednym jej końcu, trochę osłoniętym skałami. Na tej plaży naprawdę można poczuć potęgę oceanu.

Seszele

Seszele

Anse Reunion to najbardziej „miejska” z plaż na La Digue. Znajduje się ona wzdłuż najgęściej zabudowanej   części wyspy, gdzie często cumują małe łódki. Przyjemna choć w porównaniu do wcześniej opisanych wypada blado. Na plus, ładne zachody słońca z widokami na sąsiadującą wyspą Praslin.

Seszele

Gdzie jeść

Śniadania jadaliśmy w naszym pensjonaciku więc nie wiem, jak to wygląda „na mieście”. Do wyboru była kawa lub herbata, sok owocowy, opiekane pieczywo tostowe, jajko (do wyboru sadzone, jajecznica, na twardo lub miękko) oraz zestaw owoców. Muszę przyznać, że w tych okolicznościach przyrody menu jak najbardziej trafione a owoce to poezja w czystej postaci.

Seszele

Na La Digue jest kilka miejsc, gdzie można przyzwoicie zjeść, jednak są to zazwyczaj bary zwane takeaway. Posiłki są serwowane na wynos, ale jest też kilka stolików, przy których możemy wchłonąć zamówione danie na miejscu. Ceny zestawu zaczynają się od 60 rupii co jak na tutejsze warunki jest poziomem bardzo atrakcyjnym. Co prawda próżno szukać w takim miejscu wyszukanych dań o obsłudze kelnerskie nie wspominając. Naszym ulubionym został Rey&Josh Cafe Takeaway, w którym stołowaliśmy się kilkukrotnie. Znośnie było w Gala Takeaway natomiast omijajcie szerokim łukiem Zerof Takeaway.  Polecić też mogę zlokalizowany po drugiej stronie wyspy Chez Jules Restaurant, który jak nazwa wskazuje był bardziej restauracją niż takeaway, a to przekładało się na ceny. W tym przybytku zabawa zaczynała się od 150 rupii.

Seszele

Seszele

Jeśli zdecydujecie się głębiej sięgnąć do kieszeni to na romantyczną kolację warto się wybrać do zlokalizowanej na sporym wzniesieniu Belle Vue. Trzeba wcześniej zrobić rezerwację, bo często brakuje miejsc. Za 500 rupii od osoby otrzymujecie piękny widok na zachód słońca, transport tam i z powrotem oraz jedzenie, ale bez napoi.

Gdzie spać

Na wyspie jest ok. 60 lokalizacji, które oferują noclegi. Większość z nich to niewielkie pensjonaty lub lokale typu guest house. Dla turystów z grubszym portfelem jest dosłownie kilka hoteli 3 gwiazdkowych i bodajże jeden czterogwiazdkowy. Niestety (a może na szczęście) La Digue, zresztą jak całe Seszele nie są tanie. Za pokój dwuosobowy w średnim standardzie trzeba za nockę zapłacić od 500 zł wzwyż. Hotele to już zupełnie inny ciężar gatunkowy. Naszą Villa Source D`argent, z wiecznie uśmiechniętymi i gadatliwymi właścicielkami możemy spokojnie polecić.

Ciekawostki

Pierwszy raz o wielkich żółwiach seszelskich usłyszałem będąc na Zanzibarze a dokładniej na Prison Island (Changu Island). W 1919 roku ówczesny władca Seszeli przekazał Zanzibarowi cztery wielkie żółwie, które mocno się tam rozmnożyły. Na La Digue te pancerne potwory „śmigają” na wolności. Stwierdzenie „śmigają” jest trochę przesadzone, ale one naprawdę tu są. Zwłaszcza przy plaży Anse Severe trzeba uważać, gdy mkniemy rowerem, żeby nie wpaść na takiego jegomościa.

Seszele

Drugim miejscem, gdzie widzieliśmy żółwie było Tortoise Farm, ale tu nasi milusińscy byli trochę zniewoleni. Jedną z rzeczy, które wryły się w moją pamięć były dźwięki jakie wydają te stwory podczas spółkowania. Nie miałem pojęcia, że sex żółwi jest tak głośny, choć powolny?!

Kolejnym dosyć oryginalnym zwierzęciem zamieszkującym La Digue są wielkie roślinożerne nietoperze. Nietoperz kojarzy nam się z małym wampirem grasującym po zmroku. Tymczasem tutaj żyją duże a raczej bardzo duże roślinożerne nietoperze, które żerują w dzień a nie w nocy jak ich kuzyni.  Rozpiętość ich skrzydeł sięga 1,7 do 2 metrów, więc widok latającego „rudego lisa” dla Europejczyka może być trochę niepokojący. My bardzo często z otwartymi z podziwu „dziobami” przyglądaliśmy się ich lotom.

Pająki budzą strach i odrazę pod każdą szerokością geograficzną. Jeśli cierpisz na arachnofobie  to wizyta na La Digue może być dla Ciebie nie lada wyzwaniem. Jest tu cała masa pajęczyn i dyndających na nich pająków wielkości dłoni. Na szczęście te mało sympatyczne żyjątka nie stanowią żadnego zagrożenia dla ludzi. Jednak ich mnogość i świadomość, że po zmroku możesz wpakować się w pajęczynę pełną tych bestii może przyprawić o zawał niejednego turystę. Choć tego osobiście nie widziałem to nasze radosne panie mówiły, że tutejsze dzieci lubią bawić się tymi bestiami.

Seszele

„Bilans zysków i strat”

Trochę przewrotnie posłużyłem się terminem księgowym, choć sam z finansami niewiele mam do czynienia. Tak jak pisałem wcześniej, większość turystów wpada tu na jeden dzień przypływając z dużo większych wysp Praslin i Mahe. Oczywiście jest to jak najbardziej akceptowalne, natomiast jeśli chcemy poczuć klimat wyspy to jednak warto spędzić tu kilka nocek. Pamiętam swoją podróż statkiem po Karaibach, choć cudowną to jednak zawsze cierpiałem, gdy opuszczaliśmy wieczorową porą kolejne wyspy a tam dopiero wtedy „budziły się demony”. Po stronie ewentualnych strat możemy tylko zapisać kilka nadprogramowo wydanych srebrników, bo tanio tu nie jest, gdyż większość towarów trzeba importować. Natomiast lista zysków zdecydowanie jest dłuższa. Przede wszystkim, gdy promy na Praslin i Mahe zabiorą krótkoterminowych przybyszów, można zacząć cieszyć się lokalnym klimatem. Liczba „białasów” i „żółtych” jest wtedy zdecydowanie mniejsza. Już drugiego dnia w lokalnym sklepie miejscowi zaczęli mnie rozpoznawać, choć urodą, wzrostem i oryginalnością nie grzeszę.

Seszele

Na La Digue spędziliśmy trzy dni i moim zdaniem jest to optymalna długość pobytu, aby z grubsza poznać tę piękną wyspę. Chyba, że ktoś lubi całodzienne leżakowanie na plaży i niechętnie się przemieszcza to można tu spędzić zdecydowanie więcej czasu. My lubimy trochę bardziej aktywnie wypoczywać, więc za kolejny cel obraliśmy sąsiednią wyspę Praslin.

 

 

 

 

 

Share on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestShare on Google+Email this to someone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *